poniedziałek, 8 września 2014

Roztoczański Park Narodowy

http://www.roztoczanskipn.pl/




Nazwa roztocze pochodzi najprawdopodobniej z „roztaczania” wód, gdyż tworzy ono dział wodny miedzy dorzeczami Dniestru i Wisły. Tak przynajmniej napisano na naszej mapie Roztocze Środkowe, mapa turystyczna 1:50 000, Carto Media. Roztoczański Park Narodowy o powierzchni 8500 ha utworzono w 1974 roku na terenie Roztocza Środkowego. Siedziba parku znajduje się w miejscowości Zwierzyniec w pięknym budynku rezydencji plenipotenta, czyli siedziby zarządców Ordynacji Zamojskiej. Zwierzyniec to niewielka miejscowość, która stara się wybić i tak w sierpniu odbywa się tutaj Letnia Akademia Filmowa oraz chrześcijańskie spotkania młodzieży. W tym okresie może być problem z noclegami. Posiada własny browar produkujący między innymi piwo Zwierzyniec. Browar pochodzi z XIX w., należał oczywiście do Ordynacji Zamojskiej, a w wyniku zawirowań historycznych stał się obiektem należącym do Skarbu Państwa.

Roztocze to wielka kraina ciągnąca się od Kraśnika aż do Lwowa. Obszar Roztocza Środkowego obejmuje okolice Zamościa i Szczebrzeszyna oraz wielu innych ciekawych miejscowości, które przy okazji można odwiedzić. Ziemie te należały kiedyś do Ordynacji Zamojskiej, której ślady ciągle się tutaj znajdują. O tym szczególnym sposobie zarządzania majątkiem, który rządził się własnymi prawami można przeczytać między innymi w Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynacja_Zamojska. Jak czytamy, była to jedna z pierwszych ordynacji magnackich w Rzeczpospolitej, powołana ustawą sejmową z dnia 8 lipca 1589, a zlikwidowana w okresie II wojny światowej w ramach reformy rolnej (lata 1944-1945). Ordynację stanowił niepodzielny majątek, dziedziczony przez najstarszego męskiego potomka z rodu. Powstawała przez wyłączenie określonego obszaru ziemskiego spod ogólnych przepisów prawa państwowego i nadanie mu specjalnego statutu zatwierdzanego przez sejm.  Nawet po wkroczeniu wojsk rosyjskich ordynacja była wciąż wielkim i sprawnie zorganizowanym przedsiębiorstwem ziemskim, przynoszącym dochody oraz posiadającym wiele zakładów przemysłowych. Działanie ordynacji zakończył dekret PKWN z 6 września 1944 o reformie rolnej. Przystąpiono do parcelacji ordynackich gruntów uprawnych. Część ziem otrzymały rodziny mieszkające na tych terenach, resztę przeznaczono na PGR. Lasy o powierzchni 54 889 ha na mocy dekretu o nacjonalizacji lasów (grudzień 1944r.) przejęło państwo.

Z tymi ziemiami wiąże się jeszcze inne wydarzenie historyczne mające swoje skutki do dnia dzisiejszego. Na jego trop prowadzi nas znajdujący się w pobliżu kościoła pomnik obozu zbudowanego w Zwierzyńcu w czasie II wojny światowej. I znowu korzystając z niezawodnego internetu czytamy w Wikipedii
(
http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzieci_Zamojszczyzny) o planie tworzenia podczas II wojny światowej „przestrzeni życiowej" na wschodnich terenach dla ludności niemieckiej. Był on bezpośrednio związany z wielką akcją przesiedleńczą zwaną Heim ins Reich prowadzoną na terenie całej środkowej i wschodniej Europy. Jego celem było przesiedlanie osadników niemieckiego pochodzenia z Rosji, Rumunii i innych państw na tereny Polski. W tym celu Niemcy musieli przeprowadzić zakrojony na szeroką skalę program wysiedlenia rdzennej ludności polskiej. Zamojszczyzna została uznana za jeden z pierwszych terenów osiedleńczych w Generalnym Gubernatorstwie. Wysiedleńców kierowano do obozów przesiedleńczych i właśnie tego typu obóz znajdował się między innymi w Zwierzyńcu. W tych obozach dokonywano również selekcji przesiedleńców. Dzieci oddzielano od rodziców oraz oceniano posiadanie przez nie odpowiednich cech rasowych. Wybrane dzieci poddawane były germanizacji w niemieckich rodzinach i domach dziecka. Z Zamojszczyzny germanizacji poddano kilkanaście tysięcy dzieci (ok. 30 000 dzieci, Dzieci Zamojszczyzny). Do dnia dzisiejszego żyją niektóre z wysiedlonych osób i spotykają się w Kościele w Zwierzyńcu.
W taki oto sposób poza walorami krajobrazowymi i turystycznymi wycieczka na roztocze dostarczyła nam dodatkowo walorów poznawczych.


Roztocze słynie ze swoich pięknych lasów oraz widoków na malownicze i kolorowe pola. Jest to teren w większości zalesiony, w którym można z powodzeniem uprawiać aktywną turystykę. Do wyboru mamy szlaki piesze i rowerowe, ścieżki edukacyjne, spływy kajakowe, przejażdżki konne, wędkarstwo lub trasy samochodowe. Najdłuższą rzeką na Roztoczu jest Wieprz, który ma tutaj również swoje źródła. Duża grupa organizatorów z przyjemnością zaprosi nas na różnej długości spływy kajakowe. Można umówić się z wybraną firmą przez telefon lub po prostu podejść na zalew Rudka w Zwierzyńcu, gdzie zbierane są grupy ochotników i zawożone na początek spływu do wsi Obrocz. Wcześniejsze zamówienie usługi jest oczywiście wskazane w szczycie sezonu, gdy turystów i chętnych jest ogrom. Podczas spływu kajakowego można poznać piękno rzeki, która w czasie pieszych, czy rowerowych wycieczek nie jest widoczna. Szlaki turystyczne, choć prowadzone wzdłuż rzeki nie biegną bezpośrednio przy jej brzegach. Najkrótszy odcinek spływu Obrocz-zalew Rudka trwa około dwóch godzin, a kajak dla 2 osób kosztuje 45 zł.  Warto spróbować i zatopić się w ciszę oraz spokój rzeki (zakładając, że będzie niewielu turystów).  Będąc w Zwierzyńcu z pewnością należy udać się pieszo do stawu kościelnego i zobaczyć kościół na wodzie. Obok tego stawu znajduje się zespół szkół, którego budynki stanowią pozostałości po Ordynacji Zamojskiej. Mijając staw można dojść do starego browaru i dalej wzdłuż drogi do siedziby parku, a potem do Ośrodka Edukacyjno-Muzealnego RPN. Miejscowość nie jest duża, więc spokojnie spacerkiem można zapoznać się z jej podstawowymi miejscami.
Piesze szlaki prowadzą między innymi do stawów „Echo”, które stanowią teren ochrony płazów. Stawy znajdujące się na terenie Parku Narodowego mają wydzieloną strefę do pływania oraz sztuczną plażę. W tym wyznaczonym miejscu można oddawać się atrakcją wodnym i używać słońca. Przy stawach „Echo” znajduje się ostoja konika polskiego, gdzie można spotkać i podziwiać te może trochę dziwnej budowy konie. Z wierzy widokowej na brzegu stawów można zobaczyć piękno otaczającej przyrody. Inne szlaki piesze prowadzą do Rezerwatu „Bukowa Góra”. Warto przejść się leśną ścieżką, gdyż na szczycie czekają nas widoki, z których słynie roztocze. Potem w drodze powrotnej można skręcić w lewo żółtym szlakiem, który doprowadzi nas do Piasecznej Góry. W okolicy jest również wiele szlaków rowerowych. Bardzo przyjemną i ciekawą jest ścieżka rowerowa do Florianki.
Po drodze napotkamy wiele ciekawych instalacji artystycznych. Na końcu czeka na nas Izba Leśna oraz Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego. Tym szlakiem można jechać dalej aż do Józefowa. My, jako trasę rowerową do Józefowa wybrałyśmy czerwony szlak rowerowy przez Sochy, gdzie jest cmentarz wymordowanej podczas II wojny światowej ludności tej wsi. Józefów to niewielka mieścina gdzie dla letników przygotowano atrakcyjny zalew z plażą i ścieżki piesze. Miejscowość oferuje również kilka zabytków, jak synagoga, kościół itp.. Wracałyśmy drogą przez Bondyrz oraz Guciów.
W Guciowie znajduje się prywatna zagroda
z gospodą i małym muzeum wsi. Gospoda oferuje wiele lokalnych wypieków i dań.
Ze Zwierzyńca można rowerem dostać się również do Krasnobrodu. W pierwszą stronę pojechałyśmy traktem krasnobrodzkim.
Droga jest ciężka gdyż prowadzi leśnymi ścieżkami często bardzo piaszczystymi i koła zapadają się w piach. Krasnobród to miejscowość uzdrowiskowa. Przy pięknym zalewie na Wieprzu znajduje się Rezerwat Św. Rocha z kaplicą św. Rocha. Po przeciwnej stronie zalewu jest punkt widokowy. Można również odwiedzić Kalwarię Krasnobrodzką. Jeśli ktoś ma dużo zapału i chęci może nawet rowerem wybrać się do Szczebrzeszyna, czy Zamościa. My jednak wybrałyśmy prostszy sposób i do tych miejscowości podjechałyśmy samochodem. Zamość jest bardzo ładnym miastem, gdzie widać umiejętność wykorzystywania unijnych funduszy. Wokół obwarowań powstają piękne parki. Odrestaurowany rynek zachwyca barwami kamienic. W 1992 roku Zamość został wpisany na listę UNESCO. Nadal stanowi perełkę Zamojszczyzny i jest znowu od wielu lat zarządzany przez Zamoyskich (Prezydentem miasta jest wielokrotnie już wybierany Marcin Zamoyski).
Szczebrzeszyn z kolei to niewielkie miasteczko oddalone od Zamościa o jakieś 21 km. Oczywiście słynie z wiersza Jana Brzechwy o chrząszczu w Szczebrzeszynie. Miasteczko podchwyciło ten fakt i na ryneczku wystawiono duży pomnik chrząszcza grającego na skrzypcach. W 1593 roku Szczebrzeszyn został zakupiony przez Zamoyskich i włączony do ordynacji. Od tego czasu funkcjonuje trochę w cieniu Zamościa, ale to właśnie do tego niewielkiego miasteczka w roku 1811 przeniesiono szkołę stanowiącą pozostałości po Akademia Zamojskiej.

Polska to bardzo piękny kraj, a roztocze to kolejny godny polecenia rejon. Można tutaj spędzać wolny czas w bardzo urozmaicony sposób.
Zdjęcia


środa, 14 maja 2014

Łeba - Słowiński Park Narodowy



Chyba zakochałam się w Łebie.



Miasto Łeba oferuje oczywiście wiele różnego rodzaju atrakcji turystycznych, jak oceanarium, podobno największy w Polsce park dinozaurów, stadninę koni , park linowy, wystawę motyli, itp..
Jednak wszystko to w porównaniu z naturalnymi cudami jakie można tutaj zobaczyć jest niczym. Najpiękniejsze są wydmy, plaża i okoliczne jeziora. Obojętnie z której strony wejdzie się na wydmy zawsze robią wielkie wrażenie. Z każdej strony dają inne wrażenia wizualne i turystyczne.
Można też pojeździć rowerem, na przykład dookoła jeziora Serbsko. Trasa nie jest długa bo w przeciągu 4 godzin zupełnie spokojnie z wieloma przystankami można ją pokonać, trzeba tylko trochę orientacji w terenie i cierpliwości. Najpierw jedzie się szlakiem międzynarodowym R10, a potem w prawo czerwonym, który później często pokazuje się razem z niebieskim.
Gdzieś na mapie w lesie pokazano, że szlak niebieski jest pieszą trasą wokół jeziora. Niestety podczas jazdy rowerem szlak niebieski zniknął, jednak trzymając się czerwonej trasy można również spokojnie dojechać lub dojść do Łeby z powrotem. Trzeba uważać w Sarbsku, szlak czerwony skręca bowiem tuż za sklepem w prawo w osiedle bloków popegeerowskich i potem w las. Pewnie drogą też się dojedzie, ale jaka to przyjemność.

Do tego wszystkiego należy dodać jeszcze walory kulinarne miejscowości. Wspaniała świeża ryba smażona lub wędzona to tzw. niebo w gębie i wisienka na torcie.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Sezon narciarski 2013/2014



Dziwna była ta zima 2013/2014 w Polsce. W zasadzie można powiedzieć, że jej nie było. Temperatury najwyższe od lat, a opady śniegu najmniejsze odkąd pamiętam. I tak każdy miał powód do narzekania. Górale, bo nie zarobili, a narciarze, bo nie poszaleli na deskach. Większość ośrodków działało dzięki sztucznemu naśnieżaniu i dziwnie wyglądały te białe paski na tle czarnego otoczenia. Jakież niesamowite było wrażenie, gdy jadąc do Istebnej w grudniu przejeżdżało się przez czarny, nieośnieżony Ustroń czy Wisłę. Dopiero za przełęczą Kubalonką pojawiał się śnieg i na stokach w Istebnej (Złoty Groń i Zagroń) można było trochę pojeździć. Tak oto w tą zimę na tych właśnie stokach udało nam się spędzić kilka godzin. Dokładnie 6, po dwie godziny w trzy różne soboty. Nawet w weekend 3-6 stycznia 2014 śniegu nie było. W ten weekend zwiedziłyśmy okolicę z zameczkiem prezydenta, trasą planetarną i trójstykiem granic w Istebnej. Trzeba przyznać nawet bez śniegu można w Istebnej i okolicy miło spędzić czas.

Aby jednak tradycji stało się zadość trzeba było znaleźć jakieś miejsce gdzie można oddać się białemu szaleństwu. Aby nie doznać szoku termicznego tym razem padło na słoneczne Włochy i Livigno. 


Livigno to miejscowość usytuowana na północy Włoch, niedaleko granicy ze Szwajcarią i stanowi przygraniczną strefę bezcłową. Wioska rozciąga się na długości 12 kilometrów i leży na wysokości 1816 m.n.p.m. Z e względu na swoje położenie Livigno zapewnia dobre warunki śniegowe. Jakież ogromne wrażenie zrobiły na nas warstwy śniegu zalegające na dachach budynków (jakieś 50 cm). Na tarasie przy naszym apartamencie było około 1,5 m śniegu. 

Można tutaj oddawać się narciarstwu na obszarze dwóch gór leżących po obydwu stronach miejscowości. W sumie do dyspozycji jest ponad 115 km tras o różnym stopniu trudności. Trzeba zaznaczyć, że ośrodki narciarskie Mottolino i Carusello ciągle się rozbudowują. Sądząc po częstotliwości spotykania języka polskiego i rosyjskiego podczas jazdy wyciągami należy stwierdzić, że ośrodek ten jest bardzo popularny wśród tych dwóch narodów. Urlop był bardzo udany i zaspokoił coroczną potrzebę białego szaleństwa. Trzeba jednak zaznaczyć, że aby dotrzeć do Livigno trzeba przejechać kawał świata. Z Katowic jest to odległość ponad 1000 km i stanowi to jedyną niedogodność tego miejsca.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Nepal - nie tylko Himalaje



Na wikipedia.pl można przeczytać:

Nepal to mały i biedny kraj w Azji graniczący z Indiami i Chinami (wraz z Tybetem). Głównym magnesem przyciągającym turystów są oczywiście Himalaje. Te piękne góry są jak włączony telewizor, już nie chcesz na nie patrzeć, ale ciągle przyciągają twój wzrok.

Jednak Nepal to nie tylko najwyższe góry świata z Everestem na czele. Można tutaj odbyć niezwykłą podróż w czasie. Obowiązuje tu, bowiem około 5 różnych kalendarzy. Podczas naszej wycieczki miałyśmy możliwość jednocześnie żyć w trzech różnych latach, w roku 2013 oczywiście, ale również w roku 2070 (wg Bikram Sambat) oraz 1134 (wg Nepal Sambat). Aktualnie w Nepalu wg jednego z głównych kalendarzy jest rok 2070. Oczywiście daty się nie pokrywają, więc kalendarze wiszące w różnych miejscach publicznych posiadają podwójne oznakowanie wg roku 2013 oraz 2070. Z Nowym Rokiem 1134 spotkałyśmy się dnia 3 listopada w Patanie. Okazuje się, że jedna z grup hinduskich (Newarowie) posiada swój kalendarz oparty na fazach księżyca, a rozpoczął się on w roku 879 n.e. Nowy rok rozpoczyna się ok października przy nowiu księżyca.
Jest to państwo wielokulturowe, zamieszkiwane przez wiele grup etnicznych posługujących się własnymi językami. W Nepalu mieszka około 70 odrębnych grup mówiących około 50-cioma językami.
Jedyne międzynarodowe lotnisko znajduje się w stolicy kraju, czyli Kathmandu. Siłą rzeczy każdy turysta musi tutaj wpaść. My również rozpoczynamy poznawanie tego kraju od odwiedzenia stolicy. Samo miasto jest strasznie zatłoczone, głośne i ogólnie mało ciekawe (to oczywiście opinia indywidualna). Podstawowe zabytki do zobaczenia to oczywiście plac Durbar, świątynia małp (Swayambunath), dzielnica buddyjska Boudhanath, Patan i hinduska świątynia Pashupatinath.

Większość turystów przyjeżdża w rejony Himalajów, aby odbyć jakiś niesamowity trekking. Naszym założeniem było raczej obserwowanie gór, a nie ich zdobywanie. Wykupiłyśmy, więc lot widokowy w paśmie Everestu.  Po zwiedzeniu stolicy i odbyciu lotu widokowego w przeciągu trzech dni uciekamy od zgiełku wielkiego miasta do Nagarkot. Jest to mała miejscowość na granicy kotliny Kathmandu i leży na wysokości 2200 m.n.p.m. Główną atrakcją tego rejonu jest obserwowanie zapalania i gaszenia himalajskich szczytów podczas wschodów i zachodów słońca. Dodatkowo można tutaj pospacerować w różnych kierunkach obserwując życie lokalnych mieszkańców. Zasadniczo wystarczy jeden nocleg żeby to zobaczyć. My zmęczone stolicą zostajemy tutaj 3 noce i delektujemy się dodatkowo wspaniałym jedzeniem serwowanym przez nasz hotel. Jednak wszystko, co piękne szybko się kończy i znowu musimy zmierzyć się z Kathmandu. Po drodze robimy sobie jednak przystanek na jedną noc w Bhaktapur. Niewielkie XVII wieczne miasto posiadające niesamowitą starówkę. Oczywiście za wejście na teren starówki z placem Durbar trzeba zapłacić wstęp (1200 nepalskich rupii, ok. 13 USD). Ostatecznie docieramy z powrotem do stolicy w celu odbycia podróży lokalnym autobusem na zachód do Bardia National Park. Podróż autobusem trwa nie całe 15 godzin, pokonujemy odległość ok. 500 km. Zastanawiałyśmy się jak to będzie, bo jednak 15 godzin to trochę długo i może czasami trzeba będzie skorzystać z toalety. Wszystko jest zaplanowane. Autobusy zatrzymują się, co 2-3 godziny na toaletę i jedzenie, jest dobrze, choć zimno. Docieramy pół godziny przed czasem. Czekają już na nas przedstawiciele naszych gospodarzy. Kolejne cztery noce spędzimy w Bardia Jungle Cottage. Znajdujemy się na terenie zamieszkałym przez grupę Tharu w pobliży parku narodowego Bardia. Mamy wykupiony pobyt, w ciągu, którego poznamy wioskę i zamieszkujących ją ludzi, odwiedzimy ośrodek dla słoni, odbędziemy safari na słoniu oraz kilka spacerów po terenie parku, w celu obserwacji tutejszych zwierząt. Największą atrakcją jest wytropienie tygrysa. Tym razem się nie udało, ale zobaczenie na żywo nosorożca, krokodyla i wielu ptaków, saren, jeleni itp. daje wielką satysfakcję. Park jest piękny i nie potrzebne jest tropienie zwierząt. Wystarcza spacerowanie po dżungli, słuchanie jej odgłosów i delektowanie się przyrodą.

W tym pięknym miejscu zastał nas ogólnokrajowy strajk. Przed wyborami jakiś odłam maoistów sterroryzował cały kraj. Podobno samochody są atakowane i palone. Podjęto podobno porozumienie, że turyści będą traktowani łagodnie, mogą się poruszać. Ogólnie sytuacja trochę nerwowa, bo w końcu my i tak nic nie rozumiemy z tego, co się dzieje i wiele nie wiemy. Nie rozumiemy również jak w państwie gdzie na ulicach jest tyle wojska jakaś grupka ludzi może zablokować cały kraj. Oczywiście nakręca to koniunkturę. Żeby wydostać się z parku musimy zapłacić dużo więcej za samochód i ostatecznie zamiast tanim lokalnym autobusem dojechać do Pokary to musimy lecieć samolotem i to przez Kathmandu.  To znaczy założenie było, że polecimy do Kathmandu, a potem może uda nam się dostać autobus turystyczny. Bilety lotnicze załatwili nam nasi opiekunowie z Bardia. Na lotnisku w Kathmandu po wylądowaniu stwierdziłyśmy jednak, że może to być ryzykowne, bo w końcu nikt nie jest w stanie powiedzieć czy i kiedy dostaniemy się na bus, więc mogłoby nas to kosztować nerwy, pieniądze i cenny czas. Ostatecznie jakiś pan zaoferował nam biletu do Pokary o 26 dolarów taniej. Zdecydowałyśmy się na tą imprezę. Już wcześniej sprawdzałam w Internecie ile takie bilety kosztują i cena była 106 USD. Taką też cenę podała nam pani w okienku kasowym na lotnisku. O dziwo taka też cena widniała na naszym bilecie. My zapłaciłyśmy panu ustaloną stawkę plus oczywiście opłaty lotniskowe, na wszystko jednak dostałyśmy pokwitowanie. Konia z rzędem temu, kto to rozumie. Podobna zresztą sytuacja była z biletami do Kathmandu. Pośrednik miał swoja cenę a na bilecie była cena rynkowa no i do tego opłaty lotniskowe.
Nasza determinacja została wynagrodzona, Pokara jest piękna. Jest to miasto w stylu europejskim dostosowane do potrzeb turystów. Oczywiście agencja goni agencję. Wszyscy oferują trekkingi, paralotnie, spływy kajakowe, raftingi i inne atrakcje turystyczne. Te wyżej wymienione elementy może akurat nie są najważniejsze, bo w końcu jak się jedzie do Nepalu to nie koniecznie chce się czuć jak w europie, ale miejsce to było spokojne i przyrodniczo piękne. Chciałyśmy tu zostać aż do wylotu do Polski jednak z powodu wyborów nie było to możliwe. Niestety 18.11 musiałyśmy wrócić do stolicy i spędzić tam kolejne prawie trzy dni, ale to za chwilę.

W Pokarze podziwia się widoki na Annapurnę i całe jej pasmo. Chyba się trochę pogoda poprawiła, bo już nawet podczas „międzylądowania” w Katmandu było widać Himalaje na lotnisku, czego w pierwszych dniach pobytu nie było. W zasadzie nad miastem góruje Machapuchare, a Annapurna jest mniej okazała, bo znajduje się trochę dalej, więc z tego punktu wygląda na mniejszą. Piękne jezioro Fewa (Phewa) daje szerokie pole do popisu fotografikom. Jeśli ktoś nie wybiera się na trekking tak jak my to pozostaje mu szwendanie się po tym mimo wszystko wielkim mieście. I tak to wybieramy się w poszczególne dni na kolejne punkty widokowe Kahuna Danda, Sarangot, Stupa Światowego Pokoju. Dodatkowo odwiedzamy wodospady Davi, świątynię na wyspie jeziora (szkoda czasu) i spacerujemy po brzegu Phewa Tal i podziwiamy paralotniarzy. Ilości paralotni w tym miejscu są niesamowite. Ich widok na tle tych majestatycznych, olbrzymich gór jest niesamowity. Czasami wydaje się, że parasol zahaczy o jakiś grzbiet. Często można naliczyć w powietrzu ponad 20 sztuk tych sztucznych ptaków. Chciałyśmy obejść jezioro wzdłuż brzegu, ale nie bardzo się da. Trzeba jednak czasami wchodzić w głąb miasta, więc ostatecznie zrezygnowałyśmy. Usiadłyśmy na polance i obserwowałyśmy lądujące paralotnie. Cztery dni w spokojnej Pokarze szybko minęły. W drogę powrotną do Kathmandu wybrałyśmy się autobusem turystycznym. Okazuje się, że jest zmowa cenowa w agencjach i usługi kosztują wszędzie tyle samo. Lot w tandemie na paralotni wszędzie 7000 rupii i autobus do Kathmandu wszędzie 600 rupii (ten najtańszy oczywiście, bez klimy). Wszystkie jeżdżące autobusy z powodu trwającego strajku są opisane „Tourist Only” i poco to, komu. Faktycznie pod koniec podróży dostajemy nawet eskortę wojska.
Pierwszy lepszy Hotel, który wzięłyśmy okazuje się niewypałem, więc następnego dnia zmieniamy. Przez cały wyjazd miałyśmy taką taktykę, bierzemy pierwszy lepszy Hotel, ale tutaj się to nie udało. Dzień wyborów (19.11), jest dniem wolnym i nawet udaje nam się po raz kolejny wejść na plac Durbar w Kathmandu bez opłaty. Dodatkowo zobaczyłyśmy żyjącą boginię Kumari. Drogi są puste i ciche. To chyba takie drobne zadośćuczynienie za ten strajk i te loty. Chciałyśmy w tym dniu iść do „Ogrodów Marzeń”, ale też były zamknięte. Ogrody zostały, więc na ostatni dzień, jak dobrze. Okazało się, że „Ogrody Marzeń” to neoklasyczny ogród w stylu wiedeńskim, czy angielskim. Można tam spokojnie spędzić, co najmniej pół dnia. Zupełnie nie słychać tu zgiełku Kathmandu-olbrzyma i trąbiących kierowców. Ogrody założone ok. 1920 roku przez Marszałka Polowego Kaiser Sumsher Rana (1892-1964) aktualnie podlegają wydzielonej organizacji zależnej od Ministerstwa Edukacji. Oczywiście w swojej historii ogrody „zaliczyły” okres niełaski i strasznie zarosły. Austriacki rząd sfinansował ich rekonstrukcję, dzięki czemu w 2006 roku ogrody oddano do użytku publicznego. W tych ogrodach spędziłyśmy ostatnie przedpołudnie w Nepalu. Potem już tylko obiadek i jazda na lotnisko.
Te ostatnie chwile okazały się też zaskakujące. Wyszło na jaw, że od początku zostałyśmy trochę naciągnięte. Bowiem nasz pierwszy Hostel zamawiany z Polski pobrał od nas opłatę za taksówkę w wysokości 600 rupii (6 USD), argumentując oczywiście obowiązującymi cenami. Taką kwotę przygotowałyśmy sobie na koniec. Okazało się jednak, że cena wyjściowa kierowcy wynosiła 400 rupii. Nawet się nie targowałyśmy, bo w końcu poco nam te pieniądze, niech sobie chłopak zarobi. Tak to już jest jak się nie zna kraju i języka, nie ma, co się denerwować.